The Legend of Zelda: The Wind Waker (Gamecube)

 

Druga pozycja, którą chciałem sprawdzić z Gamecuba to The Legend of Zelda: The Wind Waker. Trochę wysiłku włożyłem w znalezienie wersji zawierającej dodatkową płytę z Ocarina of Time. Na szczęście udało mi się takową nabyć w całkiem przystępnej cenie. Dokładny opis Ocariny Czasu w wersji na Gamecuba planuję zamieścić niebawem.

Konsola: Gamecube
Data wydania ( Europa ): 2 maja2003
Producenta: Nintendo
Wydawca: Nintendo
Sprzedaż: 4,6 mln

 

Po dwóch poprzednich częściach z Nintendo 64 utrzymanych w stylistyce bardziej poważnej, autorzy zdecydowali się, że w The Wind Waker zaprezentują odmienny styl graficzny. Nie wszystkim fanom przypadło to do gustu, zwłaszcza tym przyzwyczajonym do poprzedniej części mrocznego Majora’s Mask. Nie miałem okazji zagrać w The Wind Waker w czasie jego premiery. Pamiętam jednak, że styl kreskówkowo-podobny wywołał spore zamieszanie. Wtedy oglądając screeny też patrzyłem na to sceptycznie. Dzisiaj jednak muszę przyznać, że styl ten zastosowano bardzo umiejętnie i wyszło to tej grze tylko na dobre. Zwłaszcza, że jak na ponad 10-letnią grę to jest miła dla oka i nie odrzuca z powodu oprawy graficznej.

Jak już przyzwyczaiły nas poprzednie części Zeldy, tak i ta wyróżnia się na tle serii wykorzystaniem wyjątkowych umiejętności przez głównego bohatera. W Ocarina of Time położono nacisk na przenoszenie się w czasie i wygrywanie melodii na Ocarinie. W Majora’s Mask główną cechą stały się maski. Zaś w The Wind Waker położono duży nacisk na władanie wiatrem, podróże łodzią po oceanie i pirackie klimaty. Musze przyznać ze możliwość poruszania się po oceanie, odkrywanie małych wysepek i przeszukiwanie ich sprawiało mi mnóstwo radości. Poczułem się jak w prawdziwej przygodzie, odkrywca który eksploruje nieznany świat. I ta ciekawość w trakcie przemierzania nieznanych wód.

Jeżeli macie w swojej kolekcji Gameboy Advance, to w grze dodano możliwość połączenia hadhelda z konsolą Gamecube przy pomocy specjalnego kabl

Przedstawiona w The Wind Waker historia zawiera w sobie wiele odniesień do poprzedniej części, czyli Ocarina of Time. Nie są to nawiązania bezpośrednie, więc można spokojnie grać bez znajomości wcześniejszej części. Jednak osoby znające temat zapewne wyłapią wiele smaczków i nawiązań. Cała historia The Wind Waker jest odniesieniem do wydarzeń z okariny czasu. Wszystko miało swój oczatek dawno, dawno temu gdy jeszcze istniała kraina u podłoża którego leżał trójkąt mocy. Ten zaś został skradziony przez wielkiego złego, który zawładną krainą Hyrule. W porę jednak przybył bohater, zwany bohaterem czasu i przywrócił ład i porządek. Później zniknął bez śladu, a pozostała po nim tylko legenda. Na pamiątkę tych wydarzeń każdy chłopiec w dniu swoich urodzin, gdy staje się mężczyzną, zakłada na jeden dzień zielony strój bohatera z tej legendy. Takiego też dnia poznajemy naszego bohatera.

Rodzinna wyspa stanowi nie tylko wstęp do całej przygody, ale także jako samouczek do gry. Tutaj poznamy podstawowe ruchy i przyjdzie nam nauczyć się posługiwania tarczą i mieczem. Nadal skok wykonywany jest automatycznie. Jednak trzeba przyznać, że poruszanie się jest intuicyjne, płynne i łatwe do opanowania. Zaś animacje ataku jakie wykonuje postać są bardziej rozbudowane i bardziej efektowne niż w Ocarina of Time. Walka z oponentami to czysta przyjemność. Wszystko to sprawia że nawet proste rzeczy dają sporo radości, takie jak ścinanie trawy rozbijanie dzbanków itp. To czysta przyjemność, zwłaszcza gdy porówna się to z niektórymi grami zwłaszcza na PC, gdzie postacie chodzą jakby kijek połknęły. warto zwrócić uwagę jak dobrze zrealizowanym pomysłem jest wykorzystanie liny na której nasz bohater może się huśtać. Już na początku gry na statku pirackim jesteśmy uczeni jak skakać po wiszących linach.
Oprócz samej stylistyki w grze zadbano o bajkowy wygląd. Bardzo  dobre wrażenie robi zmieniająca się pogoda ze słonecznej poprzez deszcz z wiatrem i burzę. Czasem aż chce się zatrzymać i popatrzeć jak zmieniają się pory dnia, jak słoneczna pogoda przechodzi w zacinający deszcz i granatowe niebo. Pięknie także wygląda wulkaniczna wyspa, gdzie podpływamy do niej w atmosferze letniego ciepłego słońca, zaś po wejściu do wnętrza góry, zastajemy buchający ogniem wiatr niosący drobinki wulkanicznego pyłu. Gdy pierwszy raz to zobaczyłem efekt był niesamowity. Ogień pod wpływem ciepła ogrzewa powietrze i rozmywa obraz tak jak w rzeczywistości. Autorzy zadbali o każdy szczegół. Jak na kreskówkową stylistykę to główny motyw gry czyli wiatr zobrazowano w formie smug ciągnących się na niebie. Zaś pod wpływem silnego wiatru widać jak czapka i fryzura linka szarpana jest raz w lewo to w prawa w zależności od kierunku wiatru. Piękno tej pozycji ujęto w szczegółach, których nie widać od razu.

Wspomnieć warto także o podstawowym elemencie każdej Zeldy jakim są dungeony. A te zaś to porostu bajka. Kręte, rozbudowane, pełne zagadek, przeszkód i wymyśłnych oponentów. A na końcu efektowni bossowie. Jednak poziom trudności jest dobrze wyważony, tak więc nie utknąłem nigdzie, ale przeszkody nie są też za łatwe, więc pokonywanie ich daje sporo przyjemności, zaś nie irytuje. Każdy dungeon wyróżnia się wykorzystaniem innych umiejętności. Raz będziemy się skradali schowani w beczce. A kiedy indziej staniemy w bezpośrednim starciu. Ponadto nie zabraknie licznych zagadek. Nie zapomnę świątyni ziemi gdzie cały dungeon oparto o pomysł ze światłem i kooperacją dwóch postaci. Czasami miałem wrażenie ze każdy loch to jedna wielka logiczna zagadka. Nie tylko dungeony, ale i cała gra została dopracowana w każdym szczególe, jak choćby takie drobiazgi jak wyrastające grzybki gdzieś przy belkach na strychu. Z ciekawostek to warto zauważyć, że w świątyni wody zawarto wiele cech futurystycznej stylizacji. Czyżby to były takie przymiarki do nowej Zeldy (Breath of the Wild) ?

Wybierając się na przygodę nie można zapomnieć o licznych potyczkach i wykorzystywanych do nich broni. W trakcie przygody nasz arsenał będzie stale powiększał się o nowe ciekawe przedmioty. Przyjdzie nam użyć znanego już hackshoota, bomb, tarczy i miecza czy bumerangu. Kilka nowych pomysłów zaimplementowano w The Wind Waker. Warto wspomnieć chociażby o liściu Deku. Świetny patent na dodatkową umiejętność. Sprawdza się w lataniu, ale także jako wiatrak poruszający inne przedmioty lub źródło napędu dla tratwy na wodzie. Fajnym pomysłem jest wcielenie się w mewę dzięki której możemy zwiedzić całą wyspę z lotu ptaka. Znany z poprzednich części bumerang służy nie tylko do atakowania, ale i zbierania oddalonych przedmiotów. Nowością jest możliwość ataku kilku celów na raz. Po uderzenie bumerangiem przy jednym rzucie w kilka lin jednocześnie, dzięki czemu np urwie się kładka i otworzy nowe przejście. Dodatkowo teraz nasz bohater może podnosić broń którą zgubi oponent i zgrabnie nią władać. Same walki też wykonano bardzo pieczołowicie. Są widowiskowe, ale też i łatwe do opanowania. Nie zauważyłem żadnych błędów w kolizji obiektów.  Standardowo przy pomocy autonamierzania kamera skierowuje się w stronę wybranego przeciwnika. Ułatwia to bardzo orientację w trakcie walki.

Cała historia w The Wind Waker mocno nawiązuje do wydarzeń z przed setek lat, czyli wydarzeń z Ocarina f Time. W trakcie naszej przygody dotrzemy do zatrzymanego w czasie zamku Hyrule. Przedstawiono je w czarno białej scenerii zamku pod woda. Cisza i brak muzyki tworzą niesamowite wrażenie. A jeśli już jesteśmy przy muzyce… tak jak w poprzedniej części tak i tutaj niebagatelne znaczenie odgrywają piosenki. Już na samym początku przyjdzie nam opanować podstawową pieśń czyli tytułowy Wind Waker. Jest ona o tyle istotna, że dzięki niej pokierujemy wiatrem. Co pozwoli nam popłynąć naszą zagłówką w dowolnie wybranym przez nas kierunku. Granie przy użyciu tytułowej batutu, czyli The Wind Waker wzbogacono względem Ocarina of Time. Oprócz kolejności wciskania guzików C wybieramy tempo na 4/5/6 zaś wybór kierunku C dokonać musimy w odpowiednim czasie. Sprawia to, że zagranie prostych melodii początkowo może być trudne, ale jak załapie się o co chodzi to sprawia sporo przyjemności i wprowadza element zręcznościowy do wygrywanych melodii.

Jak już wcześniej wspomniałem świat w The Wind Waker to wielki zbiornik wodny (Great See)  z rozsianymi wysepkami. Po bezkresnych połaciach falującej wody poruszać się będziemy na gadającej  łodzi, która zarazem stanie się naszym przewodnikiem. Samo sterowania łodzią jest płynne i sprawia sporo radości. Żagiel, który przytwierdzamy do naszej łodzi realnie reaguje na kierunek wiatru. Orientacje na otwartym morzu ułatwi nam kompas i mapa na której zaznaczane będą najważniejsze punkty. Żeby jednak za łatwo nam się nie pływało po całym świecie, to co i rusz natkniemy się na mniej lub bardziej groźnych oponentów. Na małych wysepkach spotkamy i zmierzymy się z piratami, na wodach zaś z morskimi stworzeniami. Dzięki małej armacie możemy z naszej łódki prowadzić ostrzał wrogich jednostek niczym w pirackich bitwach morskich.

Może nie spotkamy tutaj tylu postaci co w innych zeldach, ale każda napotkana osoba ma coś do powiedzenia. Coś co pomoże w przejściu dalej. Design przeciwników to coś pięknego. Aż miło było patrzeć na świniopodobnych piratów, które węszą, chrząkają i ogólnie prezentują się mega. Pełne dziwnych tatuaży, ozdób i majtających się płaszczy. Ponadto każda z napotkanych postaci wygląda najzwyczajniej ładnie. Wrażenie robi design drzwi i wystroju każdej z napotkanych lokacji. Jedne drzwi w wiosce są ozdobne inne to stare rozpadające się dechy itp. Każde są inne, nie ma tu mowy o powtarzalności. Wyspy także zaprojektowano bardzo różnorodnie, nie są to puste przestrzenie, ale wijące się ku górze i w dół ścieżki, rozwidlenia, zbocza i skarpy. Na każdym kroku coś ciekawego nas spotyka. Akcja toczy się dość szybko i dynamicznie się zmienia. Od wyruszenia w podróż z piratami za chwile przyjdzie nam postawić oczy w słup ze zdumienia gdy ujrzymy gadającą łódź, żeby zaraz zmierzyć się ze smokiem itp…. Są momenty gdy człowiek zacina się i nie wie co dalej zrobić. Nawet jeśli w grze podpowiadają, że trzeba czegoś szukać to pomimo ponad godzinnych poszukiwań i błądzenia nic się nie znajduje… i trzeba sięgnąć po pomoc w internecie. Ale takie momenty były może ze dwa w całej grze.

The Wind Waker doczekał się remaku z prawdziwego zdarzenia wydanego na Wii U. Poza poprawą grafiki, zmieniono kilka frustrujących elementów. O tym jednak nie będę się rozpisywał, bo najlepiej zagrać samemu i wyłapać te smaczki.

Podsumowując, kolejna część serii Zelda na Gamecube to cały czas ta sama świetna Zelda, pełna zagadek, eksploracji, genialnie zaprojektowanych dungeonów i walk. Stylistyka chyba jedyna w swoim rodzaju, bardzo kolorowa i miła dla oka, cieszy nadal po tylu latach od premiery.

@ Valoo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s